Postacie

Postacie





Widzący z Lublina (Ha-Chozeh mi-Lublin)

Jaakow Icchok ha-Lewi Horowic, znany także, jako Ha-Chozeh mi-Lublin urodził się w roku 1745 w małym miasteczku w pobliżu Lublina. Rabin zmarł w Tisza B’Aw (dziewiątego dnia miesiąca Aw) roku 1815.

Był prawdopodobnie ostatnim wielkim cadykiem czwartego, czy piątego pokolenia uczniów Baal Szem Towa, a jego studenci w większości sami zostali chasydzkimi rabinami.

Choze był w dziesiątym pokoleniu wnukiem JeszaiHorowica, zwanego Shelah ha-Kadosh, tak, więc potomkiem pokolenia Lewitów. Znanym zwyczajem wśród cadyków było nucenie, a nierzadko komponowanie własnych nigunów (melodii), Choze natomiast zawsze odmawiał śpiewania. Wiadomo było, że ma piękny głos, gdyż wielu słyszało jak się modlił. Pewnego dnia, jeden ze starszych chasydów, zapytał:
- Dlaczego Rebe nie śpiewa?
A Choze odpowiedział:
- Jestem Lewi.Mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie Mesjasz, oszczędzam, więc głos, aby wraz z Nim móc wznosić pieśni pochwalne w Beis HaMikdosz.

Na przestrzeni lat powstały dwie grupy zwolenników Widzącego z Lublina, co w efekcie doprowadziło do poważnych problemów. Pierwotnie jego chasydami byli wyłącznie wybitni absolwenci studiów talmudycznych. Jednak Choze przyciągał także „zwyczajnych ludzi”: chłopów, rolników, szewców, krawców, czy kowali.

Jednym z najznamienitszych uczniów Widzącego z Lublina był Isachar Dow Ber z Radoszyc. Był on człowiekiem bardzo ubogim. Chozemiał w zwyczaju rozdawać w przeddzień święta Purim zakupione wcześniej zboże, z którego mąka miała służyć do wypieczenia macy na święto Pesach. Wraz z innymi uczniami do rebego, przybył równieżRadoszycer Rebe. On także otrzymał przydział ziarna i uradowany wrócił do domu. Tamtej wiosny okres pomiędzy Purim, a Pesach był niezwykle ciężki i nikt w Radoszycach nie miał, co włożyć do garnka. Rabin zdecydował zużyć zboże, które dostał od Widzącego, ale na kilka dni przed Pesach okazało się, że nic już nie zostało z tego, co ofiarował mu Choze.Ponadto, zupełnie niespodziewanie rozpętała się straszna burza śnieżna. Rabin zmartwił się, bo drogi stały się nieprzejezdne i nie było jak sprowadzić jedzenia na święta. Na dzień przed Pesach przed dom rebego z Radoszyc zajechała piękna kareta. Wysiadł z niej bogato odziany mężczyzna.
- Wracam od Widzącego z Lublina. Z powodu tej strasznej śnieżycy nie uda mi się spędzić święta w domu. Czy przyjmiesz mnie pod swój dach?
- Z radością – odparł Radoszycer Rebe – ale niestety nie mamy nic do jedzenia.
- To żaden problem – odpowiedział przybysz – kupiłem właśnie zapas mięsa i zimniaków. Mam także mąkę, którą dał mi Choze.

W czasie świąt stół w domu Radoszycer Rebe uginał się od wspaniałych potraw. Śnieg stopniał w chol hamoed i niespodziewany gość wyruszył w dalszą drogę zostawiając resztę przywiezionych wiktuałów. Radoszycer Rebe miał także w zwyczaju odwiedzać Widzącego w czasie święta Szawuos. Pojechał, więc do Lublina, a tam Choze naskoczył na niego:
- Berele, przez ciebie musiałem interweniować u Najwyższego, aby zmienił pogodę i sprowadził tę potworną burzę śnieżną. A wszystko po to, żebyś miał, co jeść w czasie Pesach. Nie zmuszaj mnie do tego więcej!

Rabinem miasta Lublin był w tym czasie człowiek nazwiskiem Horowic.Zdecydowanie potępiał on metody działania Widzącego.Pewnego dnia pojawił się u rebegoi zapytał:
- Dlaczego oszukujesz tych wszystkich, którzy do ciebie przychodzą?
Choze nie chciała obrazić rabina, zapytał, więc:
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Podczas następnego szabasu- odparł Horowic- powiesz, żeby ludzie przestali do ciebie przychodzić, bo żaden z ciebie rebe.
Wyznaczonej soboty, po czytaniu Tory, Choze zwrócił się do zgromadzonych:
- Nie wiem, dlaczego do mnie przychodzicie. Jestem zwykłym człowiekiem. Idźcie, znajdźcie prawdziwych cadyków. Do mnie nie przychodźcie. Kiedy przemówienie to dotarło do najdalszych nawet zakątków kraju, do Widzącego z Lublina zaczęły przyjeżdżać tłumy. Horowic zauważył, że sytuacja nie rozwinęła się po jego myśli.
- Zrobiłeś, co ci kazałem? – zapytał Widzącego - Może nie uwierzyli. Następnym razem powiesz: Jestem prawdziwym cadykiem. Przybywajcie słuchać mych nauk.
I wtedy Choze odpowiedział:
- Nie jestem kłamcą!

Powszechnie praktykowanym wśród uczniów Bal Szem Towa zwyczajem było, iż w dniu rocznicy śmierci (jorcajt) spotykano się, aby wypić l’chaim i zjeść kawałek ciasta, choć halacha (prawo żydowskie) nakazywała tego dnia ścisły post. Pewnego dnia rabin Horowic przechodził w pobliżu beis midrasz (domu nauki) prowadzonego przez Choze, w którym właśnie świętowano jorcajt jednego z cadyków. Zebrało się liczne towarzystwo, wszyscy jedli, pili i zajmowali się rozmową.
- Co się tu dzieje? – zapytał zaskoczony Horowic.
- Obchodzimy jorcajt – odparł Choze.
- Powinniście się wstydzić. – krzyknął Horowic - Gdy umrzesz, urządzę wielkie przyjęcie, zaproszę mieszkańców Lublina, a wszyscy będą jedli i pili.
A Choze odrzekł tylko:
- Nie zrobisz tego.
Widzący z Lublina zmarł w Tisza B’Aw. W tym dniu, ponieważ jest to jeden z dwóch największych postów Judaizmu, Żydzi powstrzymują się od jedzenia i picia.
Krótko po tym, jak Choze przeniósł się do Lublina, nastąpił trzeci rozbiór Polski. Przybiegł wtedy do niego jeden z jego chasydów i powiedział:
- Rebe, moja córka jest w Warszawie. Bardzo się o nią martwię.
Widzący podszedł do okna, chwilę spoglądał w dal, aż wreszcie rzekł:
- Twoja córka szyje sukienki dla swoich trzech córek. Wszystko jest w porządku.
Kilka tygodni później, kiedy poczta ponownie zaczęła docierać do wszystkich zakątków kraju, ojciec napisał do córki pytając, co robiła tamtego dnia o dwunastej w południe. Córka odpisała: - Tego dnia szyłam sukienki dla moich dziewczynek.
Dzięki temu wydarzeniu cały świat dowiedział się, że rebe z Lublina „widzi” (!). I właśnie wtedy zaczęto go nazywać Widzącym z Lublina. Wcześniej nawet on sam nie zdawał sobie sprawy z tego jak wielkim jest cadykiem.
Pewnego razu podczas święta Simchas Tora rebe poprosił swoich uczniów, aby nie zostawiali go samego. Choze udał się na górę do swego pokoju. Gdy po jakimś czasie jeden z chasydów przyszedł do rebego spostrzegł, że nie ma go w pomieszczeniu, a malutkie okno u sufitu jest otwarte.Widzącego znaleziono kilka chwil później na ulicy, pod owym oknem, ciężko rannego. Inna historia opowiada, że podczas jednej z modlitw Widzący prosił Boga, aby ten zesłał wreszcie Mesjasza. Najwyższy rozzłoszczony śmiałością rebego sprawił, że ten zaczął lewitować. Zatopiony w modlitwie nie zauważył, że wyleciał przez okno na piętrze domu. Wtedy Bóg odebrał mu dar lewitacji. Wszyscy natomiast są zgodni, co do jednego, rabin Jaakow Icchok ha-Lewi Horowic zmarł w skutek obrażeń odniesionych w wyniku upadku. Było to 5 sierpnia 1815 roku (według żydowskiego kalendarza 9 dnia miesiąca Aw 5676 roku).
Ohel Widzącego z Lublina znajduje się na starym cmentarzu żydowskim w Lublinie.Do dziś odwiedzają go liczne grupy chasydów.

Magdalena Szpilman
 
Odwiedzin strony: 291768
On-line: 36